„Emery to naprawdę dobry trener, tyko po prostu nie ma jaj”

Krytykuje się Unai’a Emery’ego, tak naprawdę już od historycznej, porażki z Barcą 1:6. Zarzuca się mu, a to, że jego pojęcie o taktyce jest mizerne, a to, że nie potrafi odpowiednio reagować podczas meczu, jeśli chodzi o zmiany personalne, wiele, wiele innych rzeczy może też o sobie 46-letni szkoleniowiec przeczytać w internetowej rzeczywistości. Jednak nawet idiota powinien dojść do tego, że jeśli ów trener naprawdę nie potrafiłby tego co jest mu zarzucane, to po prostu nigdy nie zdobyłby Ligi Europy z Sevillą (trzy razy z rzędu, zresztą), ani nie dostał nawet oferty z PSG. Fakty są takie, że Emery to naprawdę dobry trener, tyko po prostu nie ma jaj…

Kiedy Hiszpan, w styczniu 2013 roku, zaczynał pracę w Sevilli ta była pochłonięta głębokim kryzysem, Sevillastas byli wówczas ekipą pozbawioną gwiazd, prócz Jesusa Navasa, który w tamtym okresie myślał tylko o swoim transferze. Jednak podczas zimowego zgrupowania przed rundą wiosenną sezonu 12/13 ligi hiszpańskiej, Emery zajął się tą drużyną i pokazał podłamanym – sytuacją w lidze, piłkarzom, że drzemie w nich naprawdę duży potencjał, a wspomnianego Navasa namówił do pozostania w klubie.

Tak zaczął się sen na jawie, jaki Unai Emery przeżył z Sevillą, z którą w ciągu trzech lat pracy zdobył, trzy puchary Ligi Europy. Pokazał się jako trener twardy, ale i sprawiedliwy, potrafiący dotrzeć do każdego piłkarza.

W 2016 roku ‚przyszedł do niego’, prezes PSG – szejk Nasser Al-Khelafi i zaproponował ofertę nie do odrzucenia. Hiszpański szkoleniowiec zmotywowany wielką tygodniówką rozpoczął pracę z nowym, większym – co by nie było – klubem, który chciał w końcu, poza wymiataniem wszystkich na swoim podwórku, namieszać też w Lidze Mistrzów.

Sezon 16/17 rozpoczął się dla Paryżan nie najlepiej, bo niespodziewanie często tracili oni ligowe punkty, natomiast AS Monaco, na takowe straty sobie nie pozwalało, co poskutkowało tym, że po rundzie jesiennej Les Parisiens zajmowali w tabeli ligowej ‚zaledwie’ drugie miejsce. Jednak nie przejmowano się tym zbytnio, przecież liga miała wygrać się sama… A w Champions League już wtedy napakowana gwiazdami drużyna spisywała się dobrze.

Po przejściu suchą nogą ze starć w 1/16 finału Ligi Mistrzów, w kolejnej rundzie czekała na Paryżan Barca, wszyscy wiemy co było potem… Najpierw kapitalny mecz na Parc des Princes i rozbicie Dumy Katalonii, aż 4:0, w rewanżu natomiast porażka 1:6 w kuriozalnych okolicznościach i odpadnięcie z rozgrywek. Strata do Monaco w lidze również okazała się zbyt duża i sezon 16/17 podopieczni Emery’ego kończyli z trzema gówno wartymi pucharami (Pucharem Francji, Pucharem Ligii i Superpucharem Francji). Wszyscy byli więc pewni zwolnienia Unai’a Emery’ego, a tu – niespodzianka! Katarski szejk na stanowisku prezesa jednego z największych klubów w  Europie postanowił, nie tylko dać temu trenerowi jeszcze jedną szansę, ale i sprowadzić do Paryża jeszcze więcej gwiazd…

Przechodzimy do obecnego sezonu, czyli kompletnej dominacji PSG na krajowym podwórku oraz zwycięstwa w swojej grupie Ligi Mistrzów, a przecież w tej samej grał Bayern!

Później przyszedł czas losowanie meczów 1/16 Champions League i – szok –  PSG trafia na Real Madryt. Okazuje się, że jedną z  rzeczy, których nie można kupić jest…los, pieprzony los, od którego nie powinno przecież zależeć nic, a tym razem zależało tak wiele…

‚Przedwczesny finał’ jak mianowano ten dwumecz, miał rozegrać się pomiędzy rozpędzonymi jak nigdy dotąd, Paryżanami oraz pochłoniętym kryzysem Realem, który odpadł już z Pucharu Króla, a do liderującej w La Lidze Fc Barcelony traci, na dzień dzisiejszy, 17 punktów… Jak wiemy, rzeczywistość okazała się brutalna: wynik pierwszego meczu na Santiago Bernabeu to 3:1 dla dwunastokrotnego zdobywcy najważniejszego europejskiego pucharu. I choć historia widziała znacznie mniej prawdopodobne remontady, a PSG ma w swoich szeregach piłkarzy absolutnie topowych, to zdaję się, że tak doświadczona drużyna Los Blancos, tejże przewagi, na terenie ‚wroga’ już nie zmarnuje.

Po wczorajszym spotkaniu jest wiele pytań, ale jedno nasuwa się samo: Dlaczego Angel Di Maria strzelający 9 bramek i notujący 9 asyst w 11 spotkaniach tego roku kalendarzowego (są to liczby absolutnie najgenialniejsze spośród wszystkich piłkarzy z TOP 5 najlepszych lig świata) nie zagrał w spotkaniu z Realem ani minuty? Śmiem twierdzić, że gdyby Argentyńczyk zaliczył wczoraj występ – co najmniej – 45 minutowy to dorobek bramkowy PSG byłby większy, a klub przed rewanżem byłby w o wiele bardziej komfortowej sytuacji. Niestety (albo stety) dziś szanse na przebrnięcie do 1/8 finału Ligi Mistrzów są dla drużyny Les Parisiens – nie oszukujmy się – bliskie zeru.

Wczoraj właśnie wyszedł – być może – jedyny mankament Emery’ego jako szkoleniowca, czyli – małe… ego (jaja) nie ma bowiem wątpliwości, że to ktoś z dwójki Cavani, Mbappe powinien rozpocząć wczorajszy mecz z ławki, a nie będący w życiowej formie Di Maria…

Comments

comments