Z bożka, do grubego, ludzkiego darmozjada | historia ostatnich lat kariery Carlosa Teveza

Carlos Tevez zarabia w Chinach 650 tysięcy funtów tygodniowo, co czyni go oficjalnie najlepiej zarabiającym piłkarzem świata. Piszę „oficjalnie”, bo ponoć Leo Messi zarabia już na warunkach kontraktu, którego jeszcze nie podpisał (jak kuriozalnie to by nie zabrzmiało), a jeśli wierzyć doniesieniom hiszpańskiej prasy jest on większy od tego „Tevezowego”, ale zresztą, jest to – w tym wypadku – mało ważne. Natomiast, tak jak wspomniałem bardzo ważne są zarobki byłego piłkarza m.in. Juventusu, które są (praktycznie) nieosiągalne dla żadnego z jego kolegów po fachu. Zapytacie „Okej, ale w czym problem?”, a no w tym, że Tevez przestał traktować futbol poważnie już dwa lata temu – odkąd opuścił Starą Damę

Kiedy, wówczas 31-letni piłkarz postanowił opuścić Włochy na rzecz „ukochanego klubu” – argentyńskiego Boca Juniors, którego jest wychowankiem. Doskonale wiedzieliśmy co się święci – Carlitos nie wrócił do ojczyzny, jak sam deklarował – z miłości, ale po easy money…

Choć mówi się, że w Boca Tevez zarabiał kilka tysięcy euro tygodniowo mniej mniej niż we Włoszech, to również o wiele mniej pracował, a mówiąc ściślej – wcale, bo z całym szacunkiem – taki „kawał piłkarza” jakim był wówczas Tevez – argentyńską ekstraklasę zjada na śniadanie. Tak też było – Carlitos praktycznie bez przepracowania okresu przygotowawczego, w weekendy zachwycał rodaków swoimi nieprzeciętnym umiejętnościami. Jednak z miesiąca na miesiąc wszystko to co wypracował za czasów gry w Europie coraz bardziej zanikało, bo intensywność z jaką trenował była – przypuszczam – o 90% niższa, od pracy jaką wykonywał na treningach Juve. Więc Tevez, najpierw stał się średniakiem argentyńskiej ekstraklasy, a później miał problem nawet z „wywalczeniem” sobie regularniej gry.

Wtedy też sfrustrowany Carlos zaczął narzekać – dosłownie na wszystko. Od złej pracy argentyńskich arbitrów, po fatalnie zorganizowane – według niego, rozgrywki argentyńskiej Primera Division. Narzekał tak bardzo, na tak błahe rzeczy że nawet w Buenos Aires, gdzie przecież jeszcze do niedawna miał wręcz status bożka, stał się niechciany. Zadeklarował, więc pod koniec sezonu 15/16, że kończy karierę! (niestety) Nawet to mu się nie udało…

Carlitosa ogromnymi zarobkami skusił chiński Shanghai Shenua. Tym ruchem 76-krotny reprezentant Argentyny stracił szacunek w oczach wszystkich, którzy pomimo jego ostatniej przygody w Boca Juniors, dalej pamiętali go jako charakternego Argentyńczyka podbijającego Europę… Bowiem, ledwie kilka miesięcy wcześniej udzielając wywiadu jednej z argentyńskich telewizji ostro skrytykował piłkarzy, których wielkie pieniądze skusiły do gry w Chinese Super League. Tym samym Tevez stał się w oczach wszystkich już nie tylko starym, leniwym zrzędom, ale i hipokrytą…

To jednak nie koniec… W czasie jego pobytu w Chinach przydarzyła mu się kontuzja łydki. Nie dość, że Argentyńczyk wracał do zdrowia stanowczo za długo, to w tym czasie przytył… i to bardzo. Mówi się nawet o 10 kilogramach! Nic więc dziwnego, że jego chiński trener – Jingui Wu, nie wystawia go w meczach ligowych i na konferencji prasowej mówi otwarcie: „Jeśli Tevez nie doprowadzi się do stanu ‚używalności’ nie będzie grał, tylko ze względu na nazwisko”.

*

Po złączeniu tych wszystkich faktów, z ostatnich dwóch lat kariery – nie potrafię szanować Teveza, ani jako człowieka, ani tym bardziej jako piłkarza. Mimo jego pięknych goli, które niegdyś zdobywał, mi niestety bardziej będzie się już na zawsze kojarzył jako ludzki darmozjad…

Poza tym mam taką zasadę: „Nie szanuję ludzi, którzy nie szanują innych, ani tych, którzy nie szanują samych siebie”. A tak się składa, że Tevez nie szanuje, ani swoich pracodawców, którzy płacą mu 2,4 miliony funtów tygodniowo, ani siebie, bowiem prowadzi się w sposób, który nie przystoi nawet „zwykłemu” człowiekowi, a tym bardziej piłkarzowi…

Comments

comments